Michał Jerzy Kowalczuk: Panie prezesie, w ostatnich tygodniach nawet główne wydania serwisów informacyjnych największych komercyjnych stacji pochyliły się nad zatrważającą ceną jajek i masła. O co chodzi?

Szczepan Wójcik: Zacznijmy od jaj. Po pierwsze, trzeba powiedzieć, że przed tym drastycznym skokiem cenowym jaja w Polsce były troszkę za tanie. Rolnicy wielokrotnie skarżyli się, że produkcja jest na granicy opłacalności. Dodatkowym elementem wyniszczającym tę branżę były nadużycia w kwestii tzw. eko-jaj. Szczyt niskich cen obserwowaliśmy jeszcze z początkiem lata tego roku. Tymczasem sytuacja uległa gwałtownej zmianie. Państwa, które dotychczas były unijnymi potentatami w produkcji jaj, czyi Włochy i Holandia, zostały zaatakowane przez ptasią grypę. Niemniej największy pogrom w unijnej produkcji jaj wywołało silne skażenie toksyczne, do którego doszło przez zastosowanie na fermach fipronilu służącego do zwalczania roztoczy wśród kur. Dotychczas skażenie zanotowano w 15 krajach członkowskich. Okazuje się, że nawet po drugiej stronie Odry bezpieczniej jest jeść jaja i mięso drobiowe z Polski. Ceny jaj wzrosły więc w całej Europie, a Polsce grożą niedobory, bo producentom po prostu bardziej się opłaca sprzedawać towar kontrahentom z Niemiec.

Jak temu przeciwdziałać?

Wzrostowi cen nie da się przeciwdziałać przy użyciu prostych narzędzi. Możemy przede wszystkim apelować do pośredników o rozważenie minimalnego obniżenie marży, aby producentom można było oferować bardziej konkurencyjne ceny skupu. Ale oni przecież nie muszą posłuchać. Mają przecież święte prawo do dbania o własny biznes. Spodziewam się, że w najbliższych miesiącach będziemy obserwowali dalszy wzrost cen, a o stabilizacji i - kolejno - spadku cen będziemy mogli mówić po tym, jak 15 skażonych państw powróci do produkcji. Musimy jednak pamiętać, że w tej całej nieprzyjemnej dla portfeli Polaków sytuacji jest jedna poważna zaleta.

Jaka?

Udało nam się chociaż czasowo wysunąć na pozycję europejskiego lidera w produkcji jaj i drobiu. Zawsze byliśmy w tym sektorze silni (może nieco bardziej w drobiu niż w jajach), ale przegonienie takiej Holandii wydawało się nierealne. Dziś mamy do czynienia z sytuacją, w której państwa tradycyjnie pielęgnujące i wspierające patriotyzm ekonomiczny zwracają się do nas po podstawowe produkty, jakimi są jaja. Możemy to wykorzystać i na dobre zagościć na stołach konsumentów większości państw członkowskich.

No tak, ale może Polacy chcieliby, aby państwo zastosowało jakieś nadzwyczajne środki interwencyjne?

Z pewnością Polacy chcieliby płacić mniej. Nic w tym dziwnego. Jeżeli chodzi natomiast o narzędzia interwencyjne, to nie widzę wielu opcji. Wszelkie ograniczenia w swobodnym przepływie towarów w UE są zakazane, a wyjątki są przewidziane tylko w szczególnych i jasno opisanych w traktatach okolicznościach. Możemy oczywiście powołać się na np. porządek publiczny i nieco przyblokować wywóz jaj z Polski. Tylko wówczas narazimy się sprawy w Trybunale i na to, że nasze miejsce zajmą nasi sąsiedzi ze Wschodu. A jak raz wypadniemy z gry, to bardzo ciężko będzie do niej wrócić.

A co pan powie na temat równie drastycznego wzrostu cen masła?

Powiem, że jako konsument jestem z tego powodu trochę zdenerwowany. Akurat w przypadku masła ceny w Polsce wzrosły nieco mniej niż te na zachodzie Europy. Tam możemy już mówić o stuprocentowych podwyżkach. Nie jest tajemnicą, że obecna cena masła jest pewną konsekwencją tego, co na przestrzeni ostatnich lat działo się na rynku mleka. Najpierw (w 2015 roku) mieliśmy zniesienie kwot mlecznych w UE, po czym nastąpiła nadprodukcja masła i spadek jego cen. Wielu producentów tego nie wytrzymało. Produkcję ograniczono i ceny znów zaczęły rosnąć. Do tego momentu wszystko zadziałało jak z definicji teorii podażowo-popytowej. Sęk w tym, że nadprodukcja masła sprawiła, iż w UE powstały potężne rezerwy odtłuszczonego mleka w proszku. Ta rezerwa sprawiła, że producenci chętniej od masła zaczęli produkować sery lub mleko pełnotłuste. Dziś produkujemy o wiele mniej masła, a chętnych na jego zakup przybywa. Przybywa ich w nieustającym tempie w Chinach. Ten kraj jest największym importerem produktów mlecznych i masła. Do tego dochodzi jeszcze - rzecz jasna - gra różnego rodzaju spekulantów, którzy celowo wykupywali duże partie towarów, aby teraz je sprzedawać z większym zyskiem.

Zatem co dalej z cenami?

Wszystko wskazuje na to, że producenci zachęceni opłacalnością handlu masłem zwiększą produkcję, a równolegle zaobserwujemy spadek popytu. Może do tego dojść na przestrzeni najbliższego kwartału. Efektem będzie spadek cen.

 

 

 

swiatrolnika.info

   

Kontakt z Instytutem

Zapraszamy do współpracy. DOŚWIADCZENIE, które poprowadzi Cię na każdym kroku.

 

+48 (22) 299 70 35

biuro@instytutrolny.pl

2016 © Instytut Gospodarki Rolnej